Mózg twojego dziecka – jak słuchać głosu rozsądku

Gdybym stanął dziś przed regałem z książkami dla rodziców, to ogarnęłaby mnie czarna rozpacz. Setki tytułów, które radzą rodzicom jak wychować geniusza, jakiej metody użyć by poprawić jego kreatywność, co zrobić by było wielojęzyczne i myślało strategicznie. Ba! Znajdziemy nawet takie, które obiecują pomóc wychować milionera.

Krótka wizyta na instagramowych profilach super-matek i super-ojców to kolejny krok do parentingowego piekła. Tysiące ekspertów, którzy podpowiadają co dobre dla twojego dziecka. Albo co muszą podpowiadać ze względu na obowiązujący ich kontrakt i wystawioną fakturę. Pod nimi setki komentarzy. Każdy wie najlepiej. A świadomy rodzic ma coraz mniejszą pewność, czy w ogóle podoła wychowaniu dziecka.

Opcje są różne. Można totalnie zignorować wszystkie głosy i „słuchać siebie” i swojego organizmu. To w sumie wybór dobry, bo w zasadzie przez tysiąclecia w miarę efektywny. W końcu od zarania dziejów ludziom jakoś udawało się wychowywać potomstwo. Z tymże ortodoksyjne „słuchanie siebie i głosu natury” może czasem wykluczać nie tylko głos rozsądku, ale też głos nauki. Natura jest z gruntu dobra, ale według natury średnia oczekiwana długość życia człowieka (bez wspomagania medycyną) to jakieś 30 lat. A troje na pięcioro dzieci według natury nie powinno dożywać trzeciego roku życia. Więc trzeba się dobrze zastanowić, czy rzeczywiście tego wyraźnego głosu natury słuchać bezkrytycznie.

Można też oczywiście próbować ogarnąć wszystkie rady, trendy i mody i samemu wybrać to co najlepsze. Problem polega na tym, że samodzielne weryfikowanie i wybieranie skończy się tym, co profesor Barry Schwartz określa mianem terroru decyzyjnego. Wybór ze zbyt wielu opcji jest trudny. A gdy już wybierzemy nie mamy wcale pewności, że wybraliśmy dobrze. No bo jeśli jest 100 sposobów na wychowywanie geniusza, a my wybraliśmy 1 z tych 100, to skąd mamy tę absolutną pewność, że jedna inny nie był lepszy?

Jest jeszcze inna opcja – oprzeć swoje wybory na zweryfikowanych, sprawdzonych i replikowanych badaniach naukowych. Takich, które naprawdę dają dużą gwarancję skuteczności.

Co ciekawe większość z tych badań nie tylko dobrze tłumaczy naturalne zachowania. Większość daje też rady zgodne z naszą intuicją. Niektóre jednak bezlitośnie obnażają mity, które sączy się nam w strumieniu porad kultury masowej.

Takim mitem jest na przykład rada by dziecko w życiu płodowym od jak najwcześniejszych chwil życia słuchało Mozarta. By w przyszłości było genialne. Niekoniecznie muzycznie. Na pewno matematycznie. Zresztą dobroczynny wpływ Mozarta miał być znacznie szerszy. Niektórzy sugerowali, że również w dorosłym życiu słuchanie Sonat fortepianowych geniusza z Saltzburga poprawia widzenie przestrzenne i wpływa na myślenie kreatywne. Jeśli chodzi o życie dorosłe to amerykański badacz Jenkins JS pozbawia nas złudzeń. Muzyka Mozarta na pewno jest świetna, ale nie wpływa na nasz intelekt i zdolności.

Jeśli chodzi zaś o słuchanie muzyki w łonie matki to przez pierwszą połowę ciąży płód NICZEGO nie słyszy. Więc nie ma znaczenia czy przyłożysz do brzucha głośniki przez które będzie się sączyć Zenek Martyniuk, Beata Kozidrak, Mozart czy Rammstein.

Potem dziecko słyszy i jego mózg rozwija się bardzo szybko, ale… słuchanie muzyki nie będzie miało na ten rozwój wpływu. Będzie mieć za to wpływ to co lekarze doradzają od zawsze. PRAWIDŁOWA waga matki podczas ciąży. Wszystkie celebrytki, które chwalą się, że prawie nic nie przytyły podczas ciąży, tak naprawdę chwalą się tym, że zadbały o NIEPRAWIDŁOWY rozwój mózgu swojego dziecka. Dotyczy to zresztą nie tylko Instagramowych matek. Mózg dziecka rozwija się od początku, a jego waga zależy od wagi ciała. To z kolei zależy od tego, jak będzie się odżywiać matka i czy odpowiednio więcej kalorii zapewni sobie i dziecku.

To samo dotyczy innej rady, zalecenia, którą każdy naukowiec i lekarz powtórzy. ZERO alkoholu. Mózg dziecka w łonie matki jest szczególnie narażony. I jasne, że groźniejsze jest codzienne upojenie alkoholowe niż lampka prosecco. Jednak lekarze i naukowcy są zgodni. W ciąży alkohol jest totalnie niewskazany.

Wskazane jest za to różnorodne jedzenie i dieta… oparta na zachciankach. Nawet jeśli potem część jedzenie matka zwróci. Z powodu porannych nudności. Na te właśnie nudności nauka też ma wyjaśnienie. Otóż okazuje się, że płód szczególnie w pierwszym trymestrze potrzebuje spokoju. I ten spokój na matce nudnościami wymusza.

Gdy jednak nudności miną warto spacerować. Profesor Medina – neuronaukowiec i autor książek Brain Rules i Brain Rules for Kids – twierdzi, że mózg ludzki rozwijał się najlepiej, gdy chodziliśmy. Inni naukowcy też są zgodni. Gdy chodzimy płyn rdzeniowo mózgowy najlepiej obmywa struktury korowe. W ciąży chodzenie (szybkie spacery) dobrze wpływają i na matkę, i na dziecko. Zresztą inne formy sensownie dobranej aktywności też. Tyle, że nie ćwiczymy po to, żeby schudnąć. Ćwiczymy po to, żeby zachować sprawność. I żeby redukować stres.

Bo stres w ciąży rzeczywiście wpływa na dziecko, które bardzo dobrze odbiera nastrój matki. Szczególnie niebezpieczny może być długotrwały stres. Tu najlepiej sprawdzi się sensowne i mądre podejście – takie, które w swojej książce proponuje Kelly McGonigal. Ta badaczka i psycholog zdrowia proponuje by zmienić swoje postrzeganie stresu. Bo jak pokazują ostatnie badania, nie sam stres jest taki groźny. Groźniejsze może być przekonanie, że stres jest groźny. Czyli bardzo ważna jest nasze interpretacja tego, co się z nami dzieje. A także rozróżnianie pomiędzy tym, co naprawdę jest ekscytacją a co stresem. Czasem bowiem mamy tendencję do nazywania stresem wielu stanów, które stresem nie są. Z badaniami, o których pisze McGonigal możesz się zapoznać. Wystarczy, że obejrzysz bardzo dobry wykład autorki dostępny na stronie TED.com. Znajdziesz go pod tytułem, „Jak zaprzyjaźnić się ze stresem”.

Sam poród też jest stresujący, ale też ekscytujący.

Po porodzie mózg dziecka też się będzie rozwijać – to oczywiste. W zasadzie do mniej więcej 20 roku życia będą rozwijać się mocne połączenia pomiędzy poszczególnymi neuronami. Bo samo ich miejsce pozostanie niezmienne. Człowiek rodzi się z wszystkimi neuronami (komórkami nerwowymi), które są potrzebne. I wszystkie one są już na swoim miejscu. Większość w mózgu. Duża część w układzie pokarmowym. (Jelita to nasz drugi mózg).

Na to jak sprawny będzie nasz mózg (mózg naszego dziecka) nie wpływa wcale liczba neuronów. O wiele ważniejsze są połączenia między nimi. Ta siatka połączeń wzmacnia się z każdą nową nabywaną kompetencją. I właśnie tę siatkę warto kształtować. Oferując różnorodne zajęcia. I dając szanse na samodzielne odkrywanie świata.

Co to oznacza? Że jeśli oferujesz dziecku zabawki to tylko takie, która dają mu szansę na interakcję i na dodatek interakcje, którą dziecko odkryje samo. Jeśli dziecko jest biernym obserwatorem zabawki, to nie rozwinie się kreatywnie. Co więcej – zbyt duża liczba zabawek też może być groźna. Naukowcy Dauch, C., Imwalle, M., Ocasio, B., and Metz, A. opublikowali niedawno ciekawe badanie pod tytułem The influence of the number of toys in the environment on toddlers’ play. Wynika z niego, że mniejsza liczba zabawek, która wymusza wręcz kreatywne wykorzystanie tego co w otoczeniu, lepiej wpływa na rozwój kreatywnego myślenia i na rozwój połączeń w korze asocjacyjnej.

To ważne. Zwłaszcza, że z każdej strony jesteśmy bombardowani informacjami o nowościach i zachęcani do zakupu zabawek. Czasem lepsze od nowej zabawki będzie wspólna zabawa z dzieckiem i wykorzystanie durszlaka, łyżki i poduszek z kanapy. Sam pamiętam, jak z takich poduszek i kocy budowałem indiański fort.

A skoro o zabawie i aktywności mowa, to pamiętaj – im później dziecko zetknie się z ekranem smartfona czy tabletu tym lepiej dla jego rozwoju. WHO zaleca by dzieci do lat 3 w ogóle nie miały styczności z tą technologią. Potem również warto się zastanowić, czy chcemy by dziecko było wystawione na ciągłe porównywanie się z grupą rówieśniczą, której nie zna. Czym innym jest kształtowanie swojej tożsamości na podstawie informacji zwrotnej od ludzi, których znasz. Czym innym jest zbieranie ciosów od obcych, którzy w internecie potrafią powiedzieć straszne rzeczy. Nawet sześciolatce.

Warto też zastanowić się na inną kwestią dotyczącą internetu i praw naszych dzieci. Nad zjawiskiem, które naukowcy nazywają sharenting. To połączenie słów parenting (rodzicielstwo) i share (dzielenie się). Ciągłe udostępnianie wizerunku dziecka jest czymś powszechnym. Nie do końca jednak mamy pewność jak wpłynie później na nasze dzieci i ich samoocenę. W końcu to mały człowiek, którego wizerunek bez jego woli jest udostępniany. I może być powielany. Może być też w przyszłości pretekstem do komentarzy. Niekoniecznie pozytywnych. Rozumiem bardzo dobre intencje rodziców. Wiem też, że dzielenie się dobrymi chwilami jest przyjemne. Warto jednak usiąść i opracować zasady jakimi będziemy się kierować.

Nauka wie co jest dobre dla mózgu dziecka. Warto słuchać tych naukowców, którzy proponują dobre i sensowne rozwiązania. Jednym z nich jest profesor Medina. W jego świetnej książce Brain Rules for Kids znajdziesz same sprawdzone, replikowane badania. To gwarancja głosu rozsądku. Zweryfikowanego. W przeciwieństwie do większości Instagramowych rad.

Materiał do pobrania:

Co można zrobić by poprawić funkcje poznawcze dziecka

Wypróbuj ze swoim dzieckiem

Pobierz dodatkowe materiały przygotowane przez naszych ekspertów. Przetestuj w domu z dzieckiem - bawcie się, uczcie i budujcie nowe nawyki!

wypróbuj